poniedziałek, 31 października 2016

Apokalipsa

Czas gwałtownie się zatrzymał. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo łapa kota z Cheshire, pełniąca rolę wskazówki w moim zegarku, jednak wciąż konsekwentnie wykonuje obrotowy ruch disco. Chyba ktoś dla żartu wysmarował panele pod moimi stopami klejem cyjanoakrylowym. Wszystkie kończyny zdają się tak okropnie ciężkie, jakbym przez ostatni miesiąc żywiła się hamburgerami z McDonalda. Lub żelazem. Nie mogę poruszyć palcem, zmrożona przez obrazy przesuwające się na ekranie telewizora. Asteroida wielkości Teksasu pędzi w kierunku Ziemi, obierając tak idealnie wyliczony tor lotu, jakby sam Wszechmogący wystrzelił ją z procy, starając się trafić w Afrykę liczoną za dziesięć punktów. Nienaturalnie spokojny głos płynący z głośników informuje, że jeśli NASA nie znajdzie sposobu, aby ją zniszczyć, cała ludzkość niewątpliwie zginie. Nie wiem skąd biorę dość siły, aby przekręcić głowę i spojrzeć na brata rozwalonego na kanapie. Z założonymi słuchawkami i muzyką techno świdrującą jego mózg, nie usłyszałby zapewne koncertu Behemota, choćby odbywał się w naszym ogródku. Jak zwykle jestem skazana tylko na siebie. Ale co mogę zrobić? Otrząsając się z paraliżu, gorączkowo sięgam po telefon i drżącymi palcami wybieram ikonkę Google. Pod hasłem „Apokalipsa” wyświetlają się jedynie instrukcje walki z zombie i rodzaje najlepszej do tego broni oraz fragmenty z Biblii. Wzdycham głośno, próbując pozbyć się chociaż części wzbierającego się we mnie przerażenia. Czas wziąć sprawy w swoje ręce. Podejmuję szybką decyzję. Budowa bunkra byłaby lepszym pomysłem gdybym za kierunek studiów obrała inżynierię, a nie kulturoznawstwo, ale w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego. Biegnę do kuchni po świeżo umytych kafelkach, dziękując mamie w duchu za skarpetki antypoślizgowe. Inaczej zginęłabym, zanim apokalipsa w ogóle by się zaczęła. Zaglądam do lodówki i ogarnia mnie rozczarowanie na widok otworzonego pasztetu drobiowego i mleka przeterminowanego o tydzień. Ten stan rzeczy wprawia mnie chwilowo w melancholijny nastrój, przywodząc na myśl krótki okres mojego pomieszkiwania w akademiku. Zapach wydobywający się z kartonu przypomina mi jednak, dlaczego to już przeszłość. Ze złością zatrzaskuję drzwi lodówki. Na szczęście mamy ukryty gdzieś w zakamarkach piwnicy zapas słoików z dżemem porzeczkowym i ogórkami kiszonymi. Pierwszy raz paranoja dziadka, codziennie wypatrującego niemieckich żołnierzy za oknami, do czegoś się przydaje. Nie mam czasu na szukanie notatnika i robienie listy, która (jak nauczył mnie internetowy couch) jest podstawą wszelkich przedsięwzięć. Wymieniam więc w myślach wszystkie przedmioty niezbędne do przeżycia. W biegu chwytam przedpotopową - jak sądzę - latarkę, zapas baterii, gruby koc, apteczkę, telefon, kieszonkowe wydanie "50 twarzy Greya” z filmową okładką (trzeba zabić nudę siedząc w okopach) i kota. Stanowczo za długo zajmuje mi znalezienie klucza do garażu, z którego wynoszę zestaw jakiego nie powstydziłaby się Ikea, czyli młotek, gwoździe i stertę desek z rozebranego łóżka. Przypadkiem zarysowuję lakier ukochanej toyoty ojca, ale czy to wielka zbrodnia w kontekście ogromnej tragedii, która nas czeka? Taszczę ten stos przeżycia do piwnicy, pocąc się przy tym jak stryjek Janusz podczas jedzenia kurczaka na ostro na corocznym zjeździe rodzinnym i prawie wybijając zęby na stromych schodach. W ostatniej chwili łapię równowagę i wzdycham z ulgą. Rodzice w życiu nie pożyczą mi już pieniędzy, a wstawienie szczęki na NFZ dopiero byłoby końcem świata. Odnajduję włącznik światła, zaplątując przy tym dłonie w pajęczyny, ale arachnofobia wydaje się być śmiesznie błahą sprawą przy wiszącej nade mną groźbie rychłej śmierci. Przed zabraniem się do właściwej roboty wpada mi do głowy jeszcze jedna, być może szalona myśl. Sięgam po komórkę i znajduję numer, którego nigdy nie odważyłam się użyć. Waham się kilka sekund, jednak po chwili wystukuję wiadomość. Już nic mi przecież nie zaszkodzi. Wiem, że to dziwne, ale skoro niedługo prawdopodobnie wszyscy będziemy martwi, nie mam nic do stracenia. Kocham się w Tobie od podstawówki, a nasz ślub śni mi się każdej nocy i chcę abyś wreszcie to wiedział. Żegnaj! XOXOXO Agata. Z płonącymi policzkami blokuję telefon, podwijam rękawy i sięgam po narzędzia. Równouprawnienie - powtarzam sobie, nie trafiając po raz trzeci w główkę gwoździa. Ten w końcu częściowo wbija się w drewno, jednak moja radość jest przedwczesna. Zbyt pewna siebie, zamachując się po raz drugi nie trafiam w gwóźdź, moją dłoń za to przeszywa miażdżący ból. Odruchowo wydaję z siebie piskliwy wrzask, płosząc kota i wściekła rzucam młotkiem o ścianę, tworząc w tynku interesujący wzór pęknięć. W innych warunkach byłoby bardzo prawdopodobne, że krytycy okrzyknęliby go znakomitym dziełem sztuki nowoczesnej. Wybucham niekontrolowanym płaczem, uświadamiając sobie beznadziejność i bezsensowność ludzkiego życia. Spoglądam z pogardą na pełną ekstazy twarz panny Steel widniejącej na okładce książki. Teraz mojemu nastrojowi odpowiadałaby raczej lektura Kafki albo Nietzchego. Echa egzystencjalizmu odbijają się w mojej wizji przedwczesnej śmierci w zatęchłej piwnicy, po godnym pożałowania życiu. Pociesza mnie myśl, że przynajmniej w końcu w czymś będę pierwsza, czekając w zaświatach na resztę ludzkości. W melodię moich pociągnięć nosem wdziera się cichy odgłos kroków. Po chwili w drzwiach ukazuje się cień, w którym z trudem rozpoznaję swojego brata. W jego oczach zauważam konsternację zmieszaną z przerażeniem. Skulona w kącie, z rozmazanym na policzkach tuszem i twarzą wykrzywioną w grymasie cierpienia, muszę wyglądać jak marna parodia straszydła z „Ringu”. - Czy ty oszalałaś? Co ty wyprawiasz? – pyta zachrypniętym głosem, spoglądając na stos rzeczy ściągniętych rodem z poradnika prepersów, deski na wpół przybite do okna i ukruszoną ścianę, po czym przenosi spojrzenie na moją opuchniętą rękę. To przelewa czarę goryczy. Nie wiem jakim sposobem znajduję w sobie tyle siły, aby wyrzucić krzyk, który usłyszą chyba sąsiedzi po drugiej stronie ulicy. - Ja? Jesteś idiotą! W przeciągu najbliższych dni wszyscy możemy zginąć, a ty nawet nie jesteś tego świadomy! Oglądałam telewizję i wyobraź sobie, że ogromna asteroida może zniszczyć naszą planetę w każdej chwili! – dławię się przez łzy. Z każdym moim kolejnym słowem, jego twarz na zmianę czerwieni się i blednie, a kiedy kończę, z lekką satysfakcją zauważam, że staje jak wryty, nie wiedząc co powiedzieć. Otwiera i zamyka usta jak wigilijny karp wyjęty z wanny. Po chwili jednak, ku mojemu zdumieniu, wybucha przeraźliwym śmiechem i chwyta się za brzuch, nie mogąc złapać oddechu. Czy to szok wywołany dramatyczną informacją? Teraz to ja nie wiem co się dzieje, czekając niecierpliwie na jakiekolwiek wyjaśnienia. - Czy ty mówisz o „Armagedonie?” – Ledwie rozumiem słowa wydostające się z jego ust pomiędzy spazmami chichotu. – Ale ty wiesz, że to jest tylko zwiastun filmu? Co. Ciemnieje mi przed oczami i mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Do mojego umysłu z trudem dociera to co mówi. Świat zaczyna wirować, jakbym właśnie znalazła się w jednym z wagoników karuzeli, w dodatku po kilku piwach i z chorym błędnikiem, przez co dostaję jeszcze większych mdłości. Przez moją głową przelatuje naraz tysiące pytań: Czy tylko wydaje mi się, że koci uśmiech za szybką mojego zegarka jest szerszy niż zwykle? Czy mój ukochany ma więcej koleżanek o imieniu Agata? Ile kosztuje lakierowanie samochodu, a ile otynkowanie ściany? Czy mój tato kocha mnie na tyle, aby mnie nie wydziedziczyć? I przede wszystkim: Chryste, jak mogłam nie rozpoznać Bruca Willisa?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz